Dziś Dzień Chłopaka. Z tej okazji wzięło mnie na wspominki i zaczęłam sobie przypominać moje fascynacje śpiewającymi chłopakami - od lat 80. po współczesność. Oto piątka facetów, którzy mniej lub bardziej zawrócili mi w głowie.
Najpierw, w I klasie podstawówki, zakochałam się w Limahlu. Oczarował mnie jego uśmiech, fryzura na cukier, no i "Neverending Story". Na filmie byłam w kinie chyba z 5 razy, a plakat z Limahlem z "Dziennika Ludowego" wisiał na drzwiach mojego pokoju.
Moja koleżanka z ławki kochała się w George'u Michaelu, wtedy jeszcze z Wham!. Wycinałyśmy sobie wzajemnie informacje o naszych idolach ze "Świata Młodych" i podawałyśmy ukradkiem pod ławką.
Potem był długi czas, kiedy podobały mi się wyłącznie śpiewające panie, np. Sandra, Cyndi Lauper czy Madonna. Pierwsza z powodu wyglądu, druga - głosu, a od trzeciej uczyłam się ruchów tanecznych :)
Drugim fajnym chłopakiem, którego mogłam słuchać bez końca był... Jimmy Sommervile. Najpierw zakochałam się w jego głosie, długo, długo później zobaczyłam jak wygląda. Pamiętacie, to taki "Smalltown boy"
Tylko małym dziewczynkom może podobać się facet, co tak cienko śpiewa. Ale do łysych mam sentyment, np. do Michaela Stipe'a z R.E.M. i Petera Garreta z Midnight Oil :)
W czasach licealnego buntu słuchałam głośnej muzyki i oczywiście kręcili mnie faceci z długimi piórami. Mimo, że polskich długowłosych muzyków w latach 90. było wielu, to ja znów zawiesiłam oko na zagranicznym. To był Lars Ulrich z Metalliki. Kasetę z "Black Albumem" zajeździłam do imentu w magnetofonie marki Fischer, a teledysk "Nothing Else Matters" nagrałam sobie z MTV (była niekodowana, w osiedlowej kablówce) i puszczałam codziennie po przyjściu ze szkoły, robiąc maślane oczy.
Koleżanka z klasy była wielką fanką Axla Rose i toczyłyśmy bezcelowe dysputy o wyższości Metalliki nad Guns N'Roses i odwrotnie. A oprócz tego słuchałam - schizofreniczna dusza - Starego Dobrego Małżeństwa. W tym przypadku trudno było się zakochać w którmś z panów.
Na studiach poszłam w jazz. Chodziłam regularnie na koncerty do toruńskich klubów, robiłam wywiady z muzykami dla studenckiego radia i powiem, że większość jazzmenów i yassmenów to fajne chłopaki. Ale moją muzyczną miłością był wtedy Pat Metheny i jego gitara (muzyczną - zaznaczam, bo wizualnie jakoś specjalnie mi się nie podobał, poza nieskazitelnym uśmiechem). Moją pierwszą oryginalną płytą CD kupioną za pieniądze ze stypendium studenckiego była właśnie płyta Metheny'ego z wielkim hitem nagrodzonym Grammy. Tu w wersji z panią, która też zawsze mi się podobała:
Pata widziałam na żywo raz - w Poznaniu. Pojechałam na ten koncert sama, siedziałam potem pół nocy na dworcu w oczekiwaniu na pociąg powrotny. Telefony komórkowe mieli wtedy nieliczni. Koleżanki w akademiku drżały więc o mnie, czy wrócę cała i zdrowa. Wróciłam. Rodzice oczywiście nic o całej eskapadzie nie wiedzieli.
W dorosłym życiu słucham coraz mniej muzyki. Nie mam czasu ani ochoty, by podążać za nowościami. Rozstałam się na zawsze z muzyką hałaśliwą, jazz też włączam rzadko. Odpoczywam przy klasyce i latach 80. Jest jednak jeden mężczyzna, który mnie fascynuje także we współczesnym repertuarze i na głos którego czuję przyjemny dreszczyk na karku - to Morrissey.
Mozza też miałam okazję zobaczyć na żywo - 2 lata temu w warszawskiej "Stodole". I dalej się w nim kocham :)
Wszystkiego najlepszego Panowie z okazji Dnia Chłopaka!
A Panie zapraszam do podzielenia się swoimi muzycznymi miłościami w komentarzach.