Urodziła się, gdy rozpoczynała się I wojna światowa. W noc św. Jana, stąd jej imię. Na świecie już był wtedy jej brat Stach. Matka miała jeszcze dwoje dzieci, które zmarły w niemowlęctwie. Nie dbała o ich mogiłki. Nie mówiła nawet jakie dała im imiona. - Bóg dał, Bóg zabrał, ot , co - po co rozpamiętywać - burczała, przesuwając pogrzebaczem fajerki.
Ojca, choć był chłopem, wzięli w końcu w kamasze. Z wojny przywiózł w 1918 roku Jance bułkę. Czerstwą, przybrudzoną. Jadła tę bułkę, choć jej nie smakowała, by zrobić ojcu przyjemność. Matka bułek nie piekła, tylko zwykły chleb na liściach. Matka nie martontrawiła niczego. To sąsiadka wołała ją czasem "chodź, Janeczka" i wsypywała do fartuszka gorący podpłomyk.
Od wiosny do jesieni miała robotę - pilnowała krowy, które się pasły za wsią. Dzieciaki dokazywały i śmiały się z niej, że taka chuda i w pocerowanym ubraniu donaszanym po starszym bracie lub matce. Nowe rzeczy i lepsze jedzenie było dla Stacha, Janka miała być posłuszna i siedzieć cicho, bo dziewczynki są gorsze od chłopaków i samo "skaranie boskie z tą dziewuchą". Z nastaniem chłodów Janka szła do szkoły. Och, jak chciała się uczyć! Marzyła, by wiosna nie nadchodziła. Mimo chłodów i zasp pędziła każdego ranka na lekcje. Ale śniegi w końcu topniały i matka nie pozwalała już iść do szkoły, tylko wyganiała z krowami na błonie.
Ojciec był dobry. Nigdy na Jankę nie podniósł ręki. Ale nie miał też własnego zdania. Gdy dziedzic dzielił ziemię między chłopów, matka powiedziała "nie bierz, bo i tak ci zabiorą". Posłuchał i nie wziął. A potem zawsze klepali biedę, bo ci co przyjęli ziemię od dziedzica tylko na tym zyskali. Marianna uważała, że najlepiej nosa z domu nie wychylać. Siedziała godzinami i wpatrywała się tępo w ścianę. Stach potrafił tak samo. Tyle, że on kucał na progu i gapił się w podwórze. Teofila nosiło. Wieczorami brał Jankę na spacer, na pola. Opowiadał jej o przyrodzie. O wojnie tylko nigdy nie chciał mówić. Szli dotąd, aż dostawał ataku kaszlu. Wtedy pora była wracać.
Janka lubiła szyć. Sama naprawiała swoje ubrania, bo matka robiła to byle jak. Nauczyła się więc cerować tak perfekcyjnie, że prawie nie było widać. Chciała zostać krawcową. Znalazła się nawet jedna chętna, żeby przyuczyć zdolną dziewczynę do zawodu, ale matka zdzieliła córkę ścierą przez plecy: "Patrzcie, czego jej się zachciewa! W domu masz siedzieć, kartofle obrabiać!". Nie sprzeciwiła się, nigdy nie umiała buntować się przeciwko matce. Uwierzyła w to, że jest gorsza i do niczego się nie nadaje. Chodziła w pole do obcych dorabiać.
Wybuchła II wojna światowa. Ojciec już nie wstawał z łóżka. Pluł krwią. Janka robiła przy nim wszystko. Nie mógł mówić, tylko uśmiechał się oczami i głaskał ją po ręku. W 1941 r. córka szła za jego trumną i nie myślała o wojnie, tylko o tym, jak bardzo jest teraz samotna. Działania zbrojne ominęły wieś, ale pewnego dnia przyszli Niemcy, mówili "raus, raus" i kazali się szybko pakować tym, co byli w domach. Wsadzili ich do ciężarówek i gdzieś wieźli. Pamiętała stację kolejową "Ziabiniec" (Łódź Żabieniec) i że potem długo jechali pociągiem. Wszyscy przeżyli tę podróż. Nawet matka.
Pokazali im baraki, w których mieli spać. Potem każdemu przydzielili robotę. Janka doiła krowy i oporządzała je. Dobrze wspomina czas u "baora". Jedzenia dla wszystkich starczało, w baraku było ciepło. W sobotę po robocie mieli się wykąpać, w niedzielę mogli chodzić do sadu i tam spędzać popołudnia. Tam poznała Karola. Po raz pierwszy ktoś jej powiedział, że jest ładna, że ją kocha i chce się z nią ożenić, gdy tylko skończy się wojna. Jeszcze w niewoli urodziła dziecko. Dziewczynkę. "Baorka" nie robiła przeszkód, byle tylko Janka nie zaniedbywała swojej pracy. Nawet przyszła obejrzeć małą, a potem dawała cukierki ćwierkającej po niemiecku "szune medchien".
Wojna się skończyła. Robotnicy przymusowi mogli wracać do Polski. Karol nie chciał. Prosił Jankę, by została z nim i Jadzią w Niemczech, tu ułożą sobie życie. Ale matka zrobiła awanturę. Chce wracać do chałupy i koniec! Janka po raz kolejny poddała się dyktatowi matki. Bojąc się wysłać ją samą, niepiśmienną, do kraju, wsiadła z nią i córką w pociąg. Obiecała Karolowi, że do niego wróci. Dojechały szczęśliwie na rodzinną wieś. Matka nie chciała ich puścić z powrotem, a potem definitywnie zamknięto granice i Janka zostawiła daleko swą największą miłość. Karol czekał. Pisał listy. Pozostały bez odpowiedzi. Zwątpił i znalazł inną kobietę, też Polkę, z którą się ożenił.
Janka tymczasem czekała na list. Żaden nie dotarł. Pomyślała, że Karol już jej nie chce. Zacisnęła zęby i wzięła się ostro do roboty. Na ojcowiźnie gospodarował Stach, ani myśląc, by jej cokolwiek odstąpić. Zresztą nawet kiedy ruszyło go sumienie i coś przyniósł, np. garnuszek mleka, to za nim wpadała natychmiast jego żona i z dzikim wrzaskiem zabierała to z powrotem. Więc Stachu przestał się dzielić i tylko coraz częściej kucał w progu, pluł petami i gapił się w podwórze. Odstąpił matce i siostrze jedną izbę w chałupie, czego Kaźmira nigdy mu nie wybaczyła i ciężko mu z tym było. Ale wygnać ich przecież nie mógł. Za to Kaźmira robiła wszystko, by uprzykrzyć życie teściowej, szwagierce i małej Jadźce.
We wsi zaczęła się tworzyć szkoła. Janka zatrudniła się jako woźna. Nosiła w zimie po wsi ciężkie wiadra z węglem, by opalać izby lekcyjne rozrzucone po kilku domach, szorowała podłogi, pilnowała uczniów. Znów była blisko szkoły, którą tak lubiła. Miała już pod czterdziestkę, kiedy ludzie we wsi zobaczyli, że znów chodzi z brzuchem. Stroniła od mężczyzn, więc tym większe było zdziwienie i domysły. Janka hardo milczała. Urodziła się druga dziewczynka. W rubryce "imię ojca" miała wpisane "Marian", nazwisko nosiła matki. O ojca nie wolno było pytać. Janka wtedy natychmiast goniła córkę do roboty. Dla niej ten człowiek nigdy nie istniał.
Miała też mniej serca do młodszej córki, niż do starszej. Mimowolnie zgotowała dzieciom ten sam los, którego doświadczyła w dzieciństwie. A babka wręcz nienawidziła wnuczki. "Zła krew, kaduku cinżki, czekej, jo ci dom" - krzyczała na nią i biła po rękach. Takim wstydem to "Hanczysko" dla niej było, bękartem niechcianym. Janka była już za stara, żeby na nią krzyczeć i szturchać, całą winą za to, że w ogóle została poczęta obarczyła wnuczkę. Ania już wolała wiaderka z węglem za matką nosić niż w domu z babką siedzieć. Przeziębiła się i poważnie zachorowała na nerki. Kilka tygodni spędziła w szpitalu. Wspomina to jako jeden z najmilszych momentów dzieciństwa. Była maskotką oddziału, pielęgniarki ją uwielbiały, przynosiły jej owoce. Wyzdrowiała.
Wybudowano nową szkołę. Janina dalej pracowała jako woźna, bo dyrektor nie wyobrażał sobie innej osoby na tym miejscu. Janka wiedziała o szkole wszystko. Może nawet więcej niż żona dyrektora. Miała dar słuchania, ludzie się przed nią otwierali i mówili jej dużo o sobie. Zapraszano ją na wesela jako tzw. pomoc dla kucharki. Lubiła to. Zawsze ktoś ją zapraszał do stołu i wstawała cięższa o kolejne ludzkie historie. Miała w sobie mądrość doświadczonych kobiet. Może tego ludzie u niej szukali - dobrej rady, słów otuchy?
Babka Marianna umarła, Anka poszła do szkoły podstawowej, Jadwiga do średniej. Jadzia była piękna. Miała gruby warkocz, chłopaki za nią szaleli. Zwłaszcza jeden, Edek. Kiedy okazało się, że jest w ciąży, Edek oznajmił swojej matce, że się żeni. Ta uderzyła go w twarz i powiedziała, że takiej biednej i w dodatku nie szanującej się panny w domu nie chce widzieć. Jadźka, tak jak Janka, została panną z dzieckiem. Edek dał chłopcu nazwisko, ale nie chciał się z nim spotykać. Alimentów też nie płacił.
Kiedy malutki Paweł krzyczał w łóżeczku, do chałupy zapukał listonosz. Przyniósł pęk brudnych listów. To były listy od Karola do Janki, które poczta odnalazła po 20 latach. Janka czytała je, płacząc. Odpisała na adres na kopercie ostatniego z nich. Przyszła odpowiedź. Karol nadal mieszkał w Niemczech. Kilka lat ze sobą korespondowali. On obiecał, że jak kiedyś przyjedzie do Polski, to ją odwiedzi. Spełnił swoją obietnicę w latach 80. Wypili herbatę, opowiedzieli swoje życiorysy i... nie mieli już o czym rozmawiać. Listy krążyły coraz rzadziej, aż w końcu przestały.
Anka poszła do liceum pedagogicznego. Biedna, pełna kompleksów, ale też zbyt dumna, by się przyznać, dlaczego tak rzadko jeździ do rodzinnego domu, mimo że nie ma wcale daleko i dlaczego nie chodzi z innymi na ciastko do kawiarni. Została nauczycielką wychowania przedszkolnego. Po paru latach pracy w miasteczku powiatowym wróciła na swoją wieś, gdzie akurat zwolniło się miejsce. Janka była wreszcie z niej dumna. Że wykształciła córkę i ona teraz będzie uczyć w szkole, w której ona tylko sprzątała.
Jadzia wyszła za mąż. Nieudany to był związek. Mąż okazał się alkoholikiem, wynosił z domu sprzęty, by je spieniężyć na wódkę. Pawełek spał z pieniędzmi w majtkach, bo tylko tam były bezpieczne. Ojczym go nie tykał. W ogóle go nie zauważał. Jadwiga, która od lat nie mogła zgubić tych dwudziestu paru kilogramów, które przybrała w czasie ciąży, nagle zaczęła gwałtownie chudnąć. Diagnoza lekarska nie pozostawiała złudzeń: rak przewodu pokarmowego. Jedna operacja, druga. Chemioterapii jeszcze wtedy nie stosowano. Gdy umarła, ważąc niespełna 40 kg, Paweł miał 13 lat. Janina została jego rodziną zastępczą.
Anna miała już wtedy męża i małą córeczkę. Dlaczego nie adoptowała chłopca? Bo ustanowienie babci rodziną zastępczą było na mocy ówczesnych przepisów bardziej korzystne finansowo dla dziecka. Wszyscy mieszkali w jednym pokoju z kuchnią, już nie w chałupie, tylko na piętrze w domu należącym do parafii Mariawitów. Janina przeszła na zasłużoną emeryturę, zajmowała się wnuczką i coraz mniej dorastającym wnukiem. Zwłaszcza wnuczka była jej oczkiem w głowie. Zabierała ją na posiadówki gospodyń wiejskich i popisywała się zdolną dziewczynką, która znała mnóstwo wierszyków i piosenek. Mijały lata. Najpierw z tzw. ochrony wyprowadziła się Anka z mężem i dzieckiem, potem Paweł dostał przydział na mieszkanie z puli instytucji pomagającej sierotom. Zabrał babcię ze sobą do miasta niegdyś wojewódzkiego.
Towarzyska, uczynna Janina nagle znalazła się w kręgu nieznanych ludzi. Chodziła na osiedlowy bazar - tam się czuła swojsko. Nawiązywała znajomości wśród sprzedawców i klientów bazarku. Kupowała czasem coś od kogoś z litości: sztućce od Białorusinów, kiczowaty staroświecki obraz od uprzejmego pana, warzywa od pani, z którą miała jakąś tam wspólną znajomą. Kupiła też sobie obrączkę z tombaku, którą nosiła na palcu. Z czasem głowa już nie była taka sprawna, oszukiwano ją na pieniądzach, aż w pewne upalne przedpołudnie zemdlała. Wtedy te znajomości się przydały. Błyskawicznie zawiadomiono pogotowie. Niewielkie niedotlenienie. Janina miała odtąd zakaz samodzielnego chodzenia na bazar.
Paweł założył rodzinę. Janina nie mogła dogadać się z żoną wnuka, wciąż czuła się ważniejszą gospodynią. Młodzi się przeprowadzili, prababcia do pomocy przy dzieciach się już nie nadawała. Córka zabrała ją do siebie. Tam uciekała w świat książek, tanich romansów, harlequinów. Czytała je kilogramami, które Anka znosiła jej z biblioteki. Były próby zainteresowania ambitniejszą literaturą. Bezskutecznie. Czytała, dopóki nie zaczęła ślepnąć. Jaskra. Najpierw zaatakowała jedno oko, potem drugie. Już nie mogła czytać. Patrzyła godzinami przez okno. Wszędzie widziała złodziei i policjantów. Chciała pić tylko cappucino i czerwoną oranżadę.
Nikt nie wie, o czym wtedy myślała, siedząc samotnie w pokoju. Anka coraz bardziej była pochłonięta chorobą męża, wnuczka wyjechała najpierw na studia, potem do pracy, aż wyszła za mąż i zamieszkała na drugim końcu Polski. Wnuk też skupił się na swojej rodzinie i z rzadka przypominał sobie o babci. Coraz częściej uciekała we wspomnienia z lat młodości. Przewijała w pamięci swoje życie od nowa. Aż dotarła do końca. Pochowano ją w grobie razem ze starszą córką.
Wiele Ci zawdzięczam, Babciu. Zawsze zostaniesz w mej pamięci.